wtorek, 15 stycznia 2013

Kasiunia.

Straszna historia z mojego dzieciństwa, tak wczesnego, że znam ją tylko z opowiadań...

Kasiunia pojawiła się w moim życiu bardzo wcześnie - jak donoszą wiarygodne źródła - spotkałyśmy się u zarania mego życia.
Była bardzo piękną - jak na peerelowskie możliwości - blondynką w różowej sukience i podobno zapałałam do niej wielka miłością.
Moja miłość jej nie służyła.
Zaczęła tracić na urodzie ponieważ wszędzie ja ze sobą nosiłam... za fryzurę i w niedługim czasie zamiast fryzury miała kołtun.
Potem oczy wpadły jej w głąb czaszki - tatuś naprawił... i odpadły rączki - tatuś naprawił przy pomocy drutu, przeciągniętego na wylot ;)
Wcale nie przeszkadzało mi to nadal jej kochać.
Tak minęło nam razem około półtora roku.
I kiedyś przyszły do mnie dzieci, się bawić... bo ja podobno bardzo towarzyskim dzieckiem byłam (potem mi przeszło).
I ładnie się bawiliśmy, a potem dzieci poszły.
I nadszedł wieczór, pora spania i dramat... nie ma Kasiuni!
A dziecko - czyli ja - bez Kasiuni spać nie pójdzie...
Podobno moi rodzice obszukali całe mieszkanie i nic!
Jak się już naszukali to postanowili zapytać, czy może nie wiem gdzie podziewa się Kasiunia?
Wiedziałam i pokazałam.
A mianowicie... Kasiunia została ukryta za lodówką, bo to przecież taki skarb był i jeszcze by mi go ktoś ukradł ;)


9 komentarzy:

  1. A co dziś się z Kasiunią dzieje??? Jest jest jeszcze z Tobą, czy tylko ją miło wspominasz?

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Istnieje już tylko jako opowieść rodzinna ;)

      Usuń
  2. Szkoda, że nie masz zdjęcia z Kasiunią... Po przejściach...

    OdpowiedzUsuń
  3. a co ty taka niekumata byłaś? bo przecież nie rodzice...

    OdpowiedzUsuń
  4. Mila,toż to już tyko zombie takie lalkowe było,po tylu reanimacjach...

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale super są takie rodzinne historie :)
    A co do Kasiuni to niestety taki los najukochańszych zabawek - być potarganym ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja miałam Agatkę :) Szmaciany tułów i kończyny... a głowa gumowa. Po wypraniu zafarbowała na kolorowo, bo jak się okazało, wypchana była jakimiś różnorakimi szmatkami :)
    Kiedyś jej szukałam przez godzinę i w końcu tato się zlitował i powiedział mi, że cały czas mam ją przy sobie (takie a la nosidełko sobie zrobiłam ;)
    No... ale sprytnie z tą lodówką wymyśliłaś.... czym jak czym, ale ja Agatką też się dzielić nie lubiłam ;)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.