czwartek, 31 stycznia 2013

O prądzie.

Postawiłam sobie stolik z lampką w kącie gdzie nie ma gniazdka.
Rafał (mąż mój): Ale jak Ty sobie tu lampkę podłączysz?
Ja: Przeciągniesz mi tu kabelek i zrobisz gniazdko.
Rafał: Ale tak mam przez cały pokój ciągnąć???
Ja: No wiesz, jak nie umiesz, to w czerwcu przyjedzie mój Tatuś i mi zrobi...
Rafał: Ej, czy Ty mnie chcesz zdenerwować?
Ja: Ależ skąd! Jak bym Cię chciała zdenerwować to bym powiedziała, że mi Żuru* zrobi ;)

*Żuru - mój szwagier.

środa, 30 stycznia 2013

Chyba...

... mam dość.
Ostatnio moje życie przypomina jazdę kolejką górską... nie lubię kolejek górskich...
Wszystko zmienia się z nadmierna szybkością i nagle tam gdzie dotychczas było białe okazuje się być czarne, że już nie wspomnę o różnych odcieniach szarości!
I okazuje się, że ludzie, którym ufałaś z niewiadomych przyczyn Tobą manipulują!
W związku z powyższym, żeby nie zwariować, zrobiłam sobie terapię zajęciową...
I obecnie jestem posiadaczką całkiem nowych filcowych korali w przyjemnym kolorze:



I żaby ;)



Przewiduję, że jak coś się nie zmieni to efektów mojej terapii będzie więcej i będę musiała zacząć to upłynniać...

piątek, 25 stycznia 2013

czwartek, 24 stycznia 2013

Daniela i początek wojny.

Na początek zdjęcie, jeszcze z przed wojny.
Chłopiec z prawej strony trzyma tabliczkę, na której napisano: 1938/39.
Daniela (moja babcia) to dziewczynka w białej sukience, z kokardą, obok nauczycielki.





O tym, ze zaczęła się wojna dowiedziała się w szkole, ktoś kazał dzieciom iść do domu, bo Niemcy zabrali nauczyciela.

Ponieważ nie udało się im wyjechać, a sklep sprzedali, Franciszek poszedł do pracy na kolei.
A w listopadzie umarła Marianna, na zakażenie i w ten sposób Franciszek został sam z dwójką dzieci - siedmioletnią Danielą i półrocznym Zygmuntem.
Do pracy chodzić musiał więc dziećmi zajmowały się sąsiadki, tak długo póki za fatygę dostawały towary z byłego sklepu... jak zapasy się wyczerpały opiekunką młodszego brata została Daniela.

A jak wiadomo opieka nad malutkim dzieckiem nie jest tym co nieletnie dziewczynki lubią najbardziej, więc zdarzało jej się zamykać dziecko w domu, a samej chodzić na dwór... przed powrotem ojca z pracy wracała do domu ;)
Kiedyś do dziurki od klucza wszedł jej chrabąszcz i nie mogła otworzyć drzwi - jak opowiadała - strasznie się bała, że zostanie nakryta na niecnym procederze, ale zdążyła pozbyć się chrabąszcza i otworzyć drzwi przed powrotem ojca.
Generalnie, jak sama przyznawała, nie była najlepszą opiekunką ;)

Na szczęście Franciszek ożenił się po raz drugi i nie musiała już matkować młodszemu bratu.
Druga żona mojego pradziadka miała na imię... Marianna.


środa, 23 stycznia 2013

Nocne rozmowy.

Ja: Ale dzisiaj jasno za oknem, czemu tak świecą?
Rafał (mąż mój): To pewnie z tego czegoś koło nas, halogenki mają takie silne *
Ja: Ciekawe co oni tam robią?
Rafał: Coś przewozić będą...
Ja: Kasę brudną... znaczy wypraną...
Rafał: Atom...
Ja: Uran chyba... z atomów to Ty jesteś...
Rafał: Uran też.
Ja: Ale chyba nie z tych samych?
Rafał: No chyba nie, ja to raczej z uryny...

* Coś to jakiś garaż czy nie wiadomo co...


A poza tym obcięłam sobie palec... nie całkiem... trochę...
Dwa dni temu byłam chora, teraz sobie palec obcięłam...
Jak nie urok to... przemarsz wojsk - jak mówią ;)



niedziela, 20 stycznia 2013

Spadek.

Chora jestem... i moja kochana Córeczka postanowiła się zainteresować...
Rela: Jak się czujesz mamusiu?
Ja: Źle, chyba umrę...
Rela (z błyskiem w oku): Serio?
Ja: No, chciałabyś w spadku mojego laptopa?
Rela: Jasne i walizkę*, może być bez zawartości** ;)

*Walizka jest taka kartonowa, po babci.
**Zawartość to moje notesy... tak mam walizkę notesów ;)

środa, 16 stycznia 2013

Franciszek i Marianna.

Żebym mogła pisać o Babci, muszę chyba zacząć od jej rodziców, a więc zaczynam ;)

Pradziadek mój Franciszek swego czasu mieszkał we Francji.
I tam poznał Mariannę, z którą wziął ślub 13 marca 1931 roku, w Avion. 




I w Avion urodziła się 11 marca 1932 roku ich córka, a moja Babcia - Daniela.

A rok później syn - Waldemar.
Ale jak wiadomo, na emigracji smutno, postanowili więc wrócić do Polski, a konkretnie do Wielkopolski.
Przyjechali tylko z Danielą, Waldka zostawiając z ciotką - siostrą Marianny i jej rodziną, z którymi miał przyjechać trochę później.
Franciszek i Marianna zamieszkali w niedużym miasteczku, otwarli sobie sklep - jak to się wtedy nazywało bławatny - czyli taki z materiałami, guzikami, tasiemkami, wstążeczkami (znaczy mój ulubiony).
Postarali się też o kolejne dziecko - Zygmunta.
Ale ponieważ czasy zrobiły się niespokojne, zaczęli się zastanawiać, czy na pewno dobrze zrobili wracając... i niestety musieli stwierdzić, że niekoniecznie.
Postanowili więc wrócić do Francji, gdzie nadal był ich syn i rodzina Marianny.
Sprzedali sklep, towary popakowali w kufry, ale wyjechać już nie zdążyli, bo okazało się, że granice zostały zamknięte.


 Daniela przed wojną:



wtorek, 15 stycznia 2013

Kasiunia.

Straszna historia z mojego dzieciństwa, tak wczesnego, że znam ją tylko z opowiadań...

Kasiunia pojawiła się w moim życiu bardzo wcześnie - jak donoszą wiarygodne źródła - spotkałyśmy się u zarania mego życia.
Była bardzo piękną - jak na peerelowskie możliwości - blondynką w różowej sukience i podobno zapałałam do niej wielka miłością.
Moja miłość jej nie służyła.
Zaczęła tracić na urodzie ponieważ wszędzie ja ze sobą nosiłam... za fryzurę i w niedługim czasie zamiast fryzury miała kołtun.
Potem oczy wpadły jej w głąb czaszki - tatuś naprawił... i odpadły rączki - tatuś naprawił przy pomocy drutu, przeciągniętego na wylot ;)
Wcale nie przeszkadzało mi to nadal jej kochać.
Tak minęło nam razem około półtora roku.
I kiedyś przyszły do mnie dzieci, się bawić... bo ja podobno bardzo towarzyskim dzieckiem byłam (potem mi przeszło).
I ładnie się bawiliśmy, a potem dzieci poszły.
I nadszedł wieczór, pora spania i dramat... nie ma Kasiuni!
A dziecko - czyli ja - bez Kasiuni spać nie pójdzie...
Podobno moi rodzice obszukali całe mieszkanie i nic!
Jak się już naszukali to postanowili zapytać, czy może nie wiem gdzie podziewa się Kasiunia?
Wiedziałam i pokazałam.
A mianowicie... Kasiunia została ukryta za lodówką, bo to przecież taki skarb był i jeszcze by mi go ktoś ukradł ;)


poniedziałek, 14 stycznia 2013

Kinowo.

Byłam w sobotę w kinie...
Z Mężem i Córką, Synka zostawiwszy w domu z Babcią, bo jak mi powiedział - on już był w kinie, na Meridzie i już nie chce iść!
I tak byśmy go nie zabrali, bo byliśmy na  Les Miserables, a to od 13 lat ;)
Piękny był film i kiedy się skończył ludzie w kinie zaczęli klaskać - pierwszy raz doświadczyłam czegoś takiego.

A tutaj piosenka z filmu:



niedziela, 13 stycznia 2013

Tygodniowe wyzwanie fotograficzne - styczeń.

Dzień siódmy i niestety ostatni w tym miesiącu: Dwie rzeczy.
Strasznie to było dla mnie skomplikowane, że dwie, bo nie więcej i jeszcze musiały do siebie pasować.
I oczywiście nic mi się nie podobało...
Ale wreszcie wymyśliłam!
I teraz się wyda jaka nieznośnie sentymentalna jestem...
Bardzo dawno temu, kiedy mój Mąż był jeszcze moim chłopakiem pojechaliśmy sobie do Krakowa i  kupiliśmy sobie po kotku.
Nie wiem czemu akurat kotki, pewnie po prostu nam się spodobały.
A jak to było dawno niech zaświadczy fakt, że w zeszłym roku mieliśmy 15 rocznicę ślubu!




I jeszcze dziękuję za wszystkie przemiłe komentarze i za wspólną zabawę, dzięki której odkryłam wiele ciekawych miejsc ;)

sobota, 12 stycznia 2013

Tygodniowe wyzwanie fotograficzne - styczeń.

Dzień szósty: Na talerzu.
Kanapek ze śniadania Wam nie pokażę, bo się wyda ile używam pieprzu :P
Dla Was będą czekoladowe babeczki z powidłami śliwkowego - pyszne bardzo ;)


piątek, 11 stycznia 2013

Tygodniowe wyzwanie fotograficzne - styczeń.

Dzień piąty: Wada.
Niby, że ma być o moich wadach...
Ja od dzieciństwa chciałam być doskonała jak... Mary Poppins.
Serio!
To nie jest żart!
Niestety doskonała jak Mary Poppins nie jestem, jestem za to równie apodyktyczna ;)




Na zdjęciu występuje moja ulubiona cześć.
Czy to nie jest to trochę dziwne, że stara dorosła kobita wozi ze sobą przez pół Europy książkę z dzieciństwa?

czwartek, 10 stycznia 2013

Tygodniowe wyzwanie fotograficzne - styczeń.

Dzień czwarty: Szczęście.
Czasami człowiek, czyli ja, do szczęścia potrzebuje odrobiny świętego spokoju...
Bo wszystko inne, czego trzeba do szczęścia już ma ;)


środa, 9 stycznia 2013

Tygodniowe wyzwanie fotograficzne - styczeń.

Dzień trzeci: Duży.
Tak mi się jakoś ten temat od razu skojarzył z moimi dziećmi...
Bo jakieś one takie duże już są, i jedno i drugie.
Proszę oto dowody ;)

Aurelka, lat: 13 i pół - tutaj niecnie rozbiera ze swoim kuzynem choinkę:


Mikołajek, lat: za miesiąc 5, w pociągu:




A takie to kiedyś było słodkie i malutkie...

Rela, w zamierzchłych czasach, kiedy jej rodzice na dorobku nie mieli cyfróweczki:




Mikołajek: 



I na deser Mikołaj ze swoją ciocią ;)


Kulinarnie.

Generalnie uważa się, że kuchnia brytyjska nie jest ani zbyt ciekawa, ani zbyt zdrowa, ani zbyt smaczna.
Sama też tak myślałam, ale kiedy zaczęłam, na potrzeby tej notki "zgłębiać temat" okazało się, że w zasadzie wszystkie potrawy, o których piszę są, w najgorszym wypadku, niezłe.

Anglia słynie przede wszystkim z herbaty. Warto wspomnieć o firmie Twinings, która istnieje od 1706 roku (pełna nazwa: R. Twining and Company Ltd.)


A jeśli herbata to five o'clock czyli tradycja picia herbaty, nie musi odbywać się o równo o 17,  ale jest to popołudniowa herbata.
Pije się ja z mlekiem i nie przypomina ona w niczym bawarki, paskudztwa, które każe się pić matkom karmiącym.
Herbata z mlekiem jest mocna, aromatyczna i bardzo dobra ;)
Jeśli ktoś pije czarną herbatę to na pewno jest to Polak albo Rosjanin.
Herbata z cytryną jest dla Anglika czymś całkowicie niezrozumiałym ;)
Podaje się do niej lekką przekąskę - bułeczki, ciastka albo kanapki.



Na wyspach produkuje się również sery:

Cheddar


Cheshire


Double Gloucaster


Lancashire


Red Leicester


Stilton


Wensleydale




Brytyjczycy uwielbiają stołować się na mieście.
Są bary specjalizujące się tylko w podawaniu śniadań i lunchów, takie do których chodzi się na popołudniową herbatę, a wieczorem idzie się do pubu, żeby wypić piwo i zjeść coś w towarzystwie przyjaciół.
A potem przychodzi weekend i to znów jest okazja aby spotkać się z przyjaciółmi na mieście ;)

A teraz to, co można zjeść "na mieście"

Śniadanie:

Full English breakfast składa się z jajek (jajecznicy lub sadzonych), smażonych plastrów bekonu ewentualnie kiełbasek - również smażonych, pomidorów lub grzybów (grzyby smażone) i fasolki w sosie pomidorowym.
Na śniadanie podaje się też:
Tosty z masłem i dżemem
Owsiankę z syropem klonowym albo z berry compote (to taki rzadki dżem z porzeczek, malin i truskawek czasem jagód).

Oczywiście tego typu śniadanie nie jest obowiązkowe - na szczęście, ale sama widziałam ludzi jedzących takie tradycyjne śniadanie o szóstej rano ;)  


Lunch:

Na lunch najczęściej je się kanapki, albo zupę - najbardziej angielska to krem z groszku z miętą. Co ciekawe nikt raczej nie przynosi sobie kanapek do pracy i dlatego między 12.00 a 14.00 wszystkie kawiarnie i sklepy w centrum przeżywają oblężenie ;)
A kiedy jest ciepło, w parkach można zobaczyć panów w garniturach i panie w garsonkach z kawa i kanapką siedzących na trawie...

Obiad/Kolacja:

W zasadzie dopiero w czasie kolacji ludzie maja czas na jedzenie ;)
Zauważyłam, że tutaj bardzo ceni się ziemniaki... w zasadzie dodaje się je do każdej potrawy.
*Cottage pie - zapiekanka z wołowiny z ziemniakami,
*Lancashire hotpot - potrawka z jagnięciny, cebuli i krojonych ziemniaków,
*Pie and mash - placek nadziewany mięsem wołowym i ziemniakami,
*Shepherd's pie - zapiekanka z jagnięciny z ziemniakami,
*Sunday roast - tradycyjny niedzielny obiad składający się z porcji pieczonego mięsa z sosem i pieczonych ziemniaków,
*Cornish pasty - zapiekany pieróg nadziewany wołowiną, cebulą, brukwią i ziemniakami,
*Jack potato - zapiekany ziemniak z nadzieniem.

I coś na deser, do herbaty:

*Apple pie - placek z jabłkami


*Bread and butter pudding - deser z zapiekanego chleba z masłem z dodatkiem rodzynek i przypraw


*Crumble - placek z owocami i kruszonką


*Victoria sponge  - taki biszkopt tylko bardziej "mokry"



*Scones - okrągłe ciastko, czasem z rodzynkami, podaje się do niego masło albo śmietanę i dżem


*Banoffee pie - deser z karmelu, bananów i bitej śmietany na kruchym spodzie (moje ulubione)



*Christmas pudding - deser z dodatkiem owoców, bakalii i przypraw korzennych


*Custard - tradycyjny, angielski, deserowy sos - pyszny ;)




I oczywiście, najpopularniejsze angielskie jedzenie - Fish and Chips ;) czyli ryba smażona w panierce i frytki. Można zjeść je wszędzie i o każdej porze ;)


A do picia:

*Piwo
* Cydr - sfermentowany sok jabłkowy, jak smakuje nietrudno się domyślić ;)
*Whisky


Dzięki temu, że w Londynie najtrudniej spotkać prawdziwego Anglika, można tutaj spróbować potraw wielu kuchni, nawet najbardziej egzotycznych. I chyba za to Londyn lubię najbardziej ;)

I na koniec... jedzenie mało angielskie ale pyszne ;)
*VAPIANO
*Kahve Dunyasi

Zdjęcia pochodzą z internetu - wszystkie ;)






wtorek, 8 stycznia 2013

Tygodniowe wyzwanie fotograficzne - styczeń.

Dzień drugi: Lista na 2013.
No i klops, bo ja nigdy, jak żyję nie robiłam sobie listy postanowień ani noworocznych, ani żadnych innych...
Nawet jako rodzina, postępujemy dość spontanicznie, co w moim przypadku może jest trochę dziwne, bo generalnie mam w sobie coś z Pinokia - jestem drewniana ;)
Dlatego na 2013 rok mam jedynie kalendarzyk...


poniedziałek, 7 stycznia 2013

Tygodniowe wyzwanie fotograficzne - styczeń.

Ani się obejrzałam a tu kolejne wyzwanie fotograficzne na blogu Uli ;)
Lista tematów, według której jedziemy tym razem:


I oto dzień pierwszy: Ty (znaczy ja)...
I niestety tu nastąpił problem, bo w zasadzie ja nie posiadam normalnych zdjęć... bo albo gadam, albo robię głupie miny...
To będzie zdjęcie grupowe, występują na nim (patrząc od lewej) moja Mamusia, moja Siostra i ja ;)


sobota, 5 stycznia 2013

Koński żarcik.

Niko: Mamusiu powiedz "co konie ją?"
Ja: Co jedzą konie?
Niko: Nie wiem, nigdy nie byłem koniem.

;)

piątek, 4 stycznia 2013

Wrrr...

Ani się obejrzałam a tu Święta minęły, a ze starego roku zrobił się nowy.
A ja jak zwykle po tyle, nawet postanowień noworocznych nie mam...
Nie lubię zimy, szczególnie takiej niezdecydowanej!
Za zdecydowaną też nie przepadam, ale wtedy się czepiam czegoś innego ;)
I jak mam postanawiać noworocznie, kiedy najchętniej postanowiłabym spać do wiosny?
I ludzie mnie denerwują, szczególnie tacy, którzy uważają, że ich poglądy to jedynie słuszne poglądy.
I na siłę starają się ogół do tych jedynie słusznych przekonać!
I nie wystarcza im, kiedy powiesz: "nie dziękuję".
Bo dlaczego nie dajesz się przekonać?
Przecież to ONI maja rację, ale może nie zrozumiałaś, to ci wytłumaczą jeszcze raz!
I nie przemawia do nich to, że ja mogę mieć swoje zdanie i się z nim zgadzać ;)


A tak w ogóle to wszystkiego dobrego w Nowym Roku ;)

A na poprawę humoru poproszę o taką: