poniedziałek, 26 marca 2012

Mrożąca krew w żyłach historia o kanapce.

Parę dni temu, zeszłam rano na dół i moim oczom ukazał się bardzo ciekawy widok...
A mianowicie spod ławy wystawał pręgowany ogon kotki, wyraźnie zajętej spożywaniem czegoś niezidentyfikowanego - żywe nie było, poznałam po folii, którą było owinięte.
Po jakimś czasie do pręgowanej kotki dołączyła czarna i przeniosły się z jedzeniem.
Tu mogłam pokusić się już o identyfikację - była to kanapka.
Kanapka pieczołowicie przygotowana przez mojego Męża i pracowicie owinięta w folię - bynajmniej nie miała ona w obecnej chwili leżeć na podłodze w pokoju, a raczej powinna znajdować się ze swym twórcą w całkiem innej części miasta.
Ponieważ żal mi się zrobiło biednych kotków "rozebrałam kanapkę" - strasznie dobrze opakowana była.
I kochane zwierzątka zgodnie podzieliły się farszem - Judusia zjadła ogórki, Zojka - kiełbaskę, a serek pół na pół.
Jak się później okazało, kochane koteczki kanapkę wyciągnęły z torby mojego Męża.

Wnioski na przyszłość:
1.Nie wkładać w kanapkę pomidora - "dziewczęta" nie lubią.
2.Nie zawijać tak szczelnie - potem są problemy z konsumpcją.

Mój Mąż się trochę odgrażał, że jak wróci z pracy to..., ale wszystko dobrze się skończyło - ofiar w kotach nie odnotowano ;)

3 komentarze:

  1. Niedobry...mógł zrobić dwie. Przecież wie, że każda lubi co innego...

    OdpowiedzUsuń
  2. Zrobił dwie, dzięki temu miał co jeść w pracy i nie był tak rządny krwi jak wrócił wieczorem - inaczej bez ofiar by się nie obyło ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. No proszę, jakie kochane kotki, podzieliły się . ą mogły pożreć wszystko...

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.