poniedziałek, 9 stycznia 2012

Na początek...

...roku nie będzie postanowień noworocznych, bo nie!
Bo ledwo się rok zaczął a ja mam go już dość, zmęczona jestem.
Będzie lekko obrzydliwa historia z życia, jak ktoś wrażliwy to przygotować sobie woreczek proszę, albo nie czytać ;)
W Sylwestra, 10 minut po północy opanowała nas zaraza...
Chlubnie rozpoczął Niko, za nim szybciutko Wojtuś.
Około piątej rano do zabawy dołączyła Relusia.
A potem kolejno Mila, Rafał i Żuru.
Bawiliśmy się tak około tygodnia!
Podsumowując:
- najdłużej "bawili się" Niko i Wojtuś
- najintensywniej Rela.
Ktoś mógłby pomyśleć, że mnie zabawa ominęła, nic bardziej mylnego - ja to załatwiłam przed Sylwestrem i ich wszystkich zaraziłam.
Jeśli teraz mój Mąż chciałby o mnie powiedzieć - ta zaraza, nabrałoby to nowego znaczenia... ale mam nadzieję, że On tak na mnie brzydko nie mówi...

2 komentarze:

  1. Podobno, jak się do kogoś taka "zaraza" przyczepi w Nowy Rok, to mu zapewnia ...kupę kasy !!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nam narazie zapewniło kupę, zobaczymy potem jak z kasą. A co do tytułowania małżonki to zawsze jej się wywnętrzniałem. Z zabawa rzeczywiście była w stylu klasycznym poimprezowym.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.