środa, 30 listopada 2011

O tym, że trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść.

Dzisiaj będzie o Jeżycjadzie Małgorzaty Musierowicz.
I oczywiście będę się czepiać aż miło ;)
Ale od początku, bo na początku jest fajnie.
Pierwsze tomy serii są zabawne choć nie pozbawione pewnych uniwersalnych wartości.
Bohaterki mają normalne problemy adekwatne do ich wieku, a bohaterowie są generalnie fajnymi facetami.
Jest miło i sympatycznie i tak mogło by pozostać... ale niestety...
Im nowsze tomy tym jest gorzej...
Pominę już to, że musimy oglądać rzeczywistość z perspektywy coraz młodszych bohaterów (ciekawe kiedy będzie to przedszkolak), tak pani autorka wymyśliła - jej wola.
Ale jakoś znieść nie mogę wszechobecnego moralizatorstwa i jakiś takich zacofanych stereotypów.
A już to co stało się z niektórymi bohaterami mnie osobiście przeraża...
Taka np Gabrysia Borejko - jak to się stało, że z sympatycznej dziewczyny "wyrosła" ta dzielna cierpiętnica?
A Ignacy Borejko - kiedy z oderwanego od rzeczywistości filozofa stał się tym zrzędliwym starcem zatrudniającym nieletnich do inwigilacji?
Czasem myślę, że pani Musierowicz powinna była skończyć na "Kalamburce" jak planowała.
Tak może byłoby lepiej, bo chociaż i po niej pisała niezłe książki teraz jest już tylko gorzej... aż strach się bać co będzie dalej...

1 komentarz:

  1. Też myślę, że powinna skończyć na Kalamburce. Bo przez to co pisze teraz straciłam jakąkolwiek chęć do powracania nawet do tych fajnych, starych części.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.