poniedziałek, 1 czerwca 2009

Paszport.

Jesteśmy w Polsce.
A mało brakowało żeby nas tu wcale nie było...
A było to tak :
bilety kupione,
- walizki spakowane,
- samochód, który ma zawieźć nas na lotnisko załatwiony,
- paszport mamusi jest,
- paszport Synka jest,
- paszport Córeczki... nie ma!
Zniknął, wsiąkł, zdematerializował się...
Po przeszukaniu całego domu, przewróceniu do góry nogami wszystkich szuflad - nadal nie ma!
I co teraz?
Po wykonaniu skomplikowanych procesów myślowych doszliśmy do tego, że paszport nie wrócił do domu ze szkoły, po wycieczce do Niemiec.
Czyli jest... w szkole!
A szkoła zamknięta bo wolne...
A w szkole tylko woźny i to ten mniej ważny... i mówi, że nikogo do piątku nie będzie.
Fajnie, szczególnie biorąc pod uwagę, że samolot odlatuje w środę...
Czyli tak jakby nic się nic nie zmieniło...
Kanał...
A wcale nie!
Bo tu następuje autentyczny CUD!
Samolot odlatuje o 20.35, z domu musimy wyjechać około 17.00... a o 12.30 dzwoni pani sekretarka i mówi, że jakbyśmy chcieli to ona teraz jest i można przyjść po paszport.
Chcieliśmy...

Podobno jak już polecieliśmy to nie chcieli ich wypuścić z parkingu pod lotniskiem bo im bilecik, że zapłacili zaginął - Mąż mi doniósł... ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.